Sobota, 19 Maj 2012r.

Ostatnia aktualizacja23:04:08

Jesteś tutaj: Sport Sport
Reklama
Błąd
  • XML Parsing Error at 1:171. Error 4: not well-formed (invalid token)

Sport

Tragedia na torze. Lee Richardson nie żyje

Trzeci bieg pojedynku ligowego polskiej ENEA Ekstraligi żużlowej we Wrocławiu pomiędzy miejscowym Betardem, a PGE Marmą Rzeszów zakończył się fatalnym upadkiem doświadczonego Lee Richardsona. Dla 33 - letniego Anglika, jeżdżącego w Polsce od kilkunastu lat, był to pierwszy wyścig tego dnia. Kilka godzin później okazało się, że ostatni w życiu... W wydawało się niegroźnej sytuacji Richardson uderzył lekko w tylnie koło maszyny Tomasza Jędrzejaka. To wybiło go z rytmu i w konsekwencji uderzył już niedaleko bandy w motocykl ostatniego Frederika Lindgrena. Ułamek sekundy później Richardson tego z olbrzymim impetem uderzył w bandę. Ta niestety nie była,  jak coraz więcej band na żużlowych stadionach nadmuchiwana powietrzem. Obrażenia były tak poważne, że  po upadku żużlowiec nawet się nie poruszył. Zawodnika natychmiast przewieziono do jednego z wrocławskich szpitali. Tam podczas operacji ustała akcja serca, której mimo wysiłków lekarzy nie udało się już przywrócić. Śmierć zawodnika poruszyła całe środowisko sportu żużlowego. Tym bardziej szokująca z uwagi na wspomniane doświadczenie Richardsona, byłego wicemistrzem świata juniorów, trzykrotnego mistrza Polski, także Szwecji i Anglii w drużynach, w których jeździł i regularnego uczestnika  cyklu Grand Prix. Należy spodziewać się, że w najbliższym czasie wróci temat bezpieczeństwa zawodników na torach i wprowadzenia wymogu aby bandy okalające tory w całości były nadmuchiwane przez co amortyzujące uderzenie. Na wieść o jego śmierci komentatorzy TVP Sport zaprzestali relacjonowania derbowego meczu pomiędzy Falubazem Zielona Góra a Stalą Gorzów. (pj)

Górnik i Widzew bez licencji

Komisja do spraw licencji piłkarskiej ekstraklasy odmówiła przyznania prawa występów w ekstraklasie w nadchodzącym sezonie Górnikowi Zabrze i Widzewowi Łódź. Powodem odmowy dla Górnika jest "brak rozwiązań infrastrukturalnych", czyli mówiąc wprost będący stadion w budowie i towarzyszące mu obiekty. Tego można było się spodziewać. Problemem dla zabrzan decyzja czy odwoływać się od decyzji, do czego oba kluby mają prawo, czy od razu podpisać umowę na użytkowanie innego stadionu, co z kolei jest oczywiście kosztowne w perspektywie całego sezonu. Tak, nie ryzykując odmowy zrobił Ruch Chorzów zgłaszając do gry nowy stadion w Gliwicach. Z kolei problem Widzewa wiąże się "z dużymi brakami w dokumentacji". Brzmi to niezbyt ciekawie, bo zakres przeciwskazań jest spory. Kibiców interesuje natomiast co znaczą zapowiedzi spadkowicza ŁKS - u i GKS Bełchatów o ewentualnej fuzji mającej doprowadzić do obniżki kosztów utrzymania. Nadziei na utrzymanie się w ekstraklasie na skutek zabiegów pozaboiskowych po raz trzeci z rzędu nie kryją w Krakowie. Zespół Jana Filipiaka, Cracovia przygląda się zmaganiom w pierwszej lidze. Niewyklucza się porozumienia z Termalicą Nieciecza po jej ewentualnym awansie. Klub z liczącej 700 mieszkańców wsi jest łakomym kąskiem do negocjacji. (mgi)

Jest kadra na Euro. Trudno o lepszą

Logo_pantone_poor_version_POLSKAW hollywodzkiej scenerii na warszawskim Podzamczu trener Franciszek Smuda ogłosił 26. osobową kadrę na zbliżające się Euro. Z tej grupy, którą czeka zgrupowanie w Austrii trzech zawodników musi odpaść. Siedmiu innych czeka w rezerwie. Dużych niespodzianek nie było, bo być nie mogło. Wpadki, jaką popełnił przed laty Paweł Janas nie powołując Tomasza Frankowskiego miejmy nadzieję długo nie będzie. Trzon pierwszej jednastki jest znany od dawna. O to kto do niej wejdzie z pozostałych graczy zależy od dyspozycji dnia i taktyki dostosowanej do konkretnego rywala. W sumie, jak w każdej w kadrze  liczy się tak naprawdę 16 - 18 graczy, reszta zdobywa doświadczenie, premiowana jest za dobrą grę w lidze, lub jest nadzieją na przyszłość i taka nobilitacja mobilizuje do dalszej pracy.  Tak w sumie należy odczytywać powołania Smudy. Tak też patrzymy na powołania trzech  młodych talentów Marcina Kamińskiego z Lecha oraz legioniotów Michała Kucharczyka i Rafała Wolskiego. Jeśli Smudzie nie zabraknie odwagi to stawiamy na Wolskiego nawet w wyjściowej jedenastce. Naszym zdaniem Wolski za dwa, trzy lata może być graczem co najmniej na poziomie Kuby Błaszczykowskiego, a i teraz ma "papiery na granie".  Z kredytu zaufania skorzystali w naszej ocenie przede wszystkim Kamil Glik i Artur Sobiech oraz bezwarunkowo Sebastian Boenisch, na którego dojście do formy Smuda liczy najbardziej. To jego ostatni element do optymalnej, jak na polskie warunki układanki. Można dyskutować, dlaczego nie ma Piecha, a jest Sobiech i tak dalej, ale są to  dyskusje  o zawodnikach praktycznie mimo wszystko drugoplanowych, którzy wcale mogą nie otrzymać szansy wyjścia na boisko. To samo się tyczy drugiego i trzeciego bramkarza. Dlatego temat Boruca czy Kuszczaka schodzi na drugi plan, tak jak wcześniej Żewłakowa - tu akurat żałujemy - i niedawno Peszki. Dobrym sygnałem ze strony Smudy w kierunku następnego trenera jest dobór młodych talentów, wszak w trzy miesiące po Euro ruszają eliminacje do Mistrzostw Świata. Można bowiem liczyć się z założeniem, że nowy selekcjoner wcale nie będzie chciał powoływać spolonizowanych w ostatnim czasie Perquisa, Polanskiego, Matuszczyka czy nawet gracza o największym potencjale Sebastiana Boenischa. Pobyt w kadrze przygotowującej się wielkiego turnieju to doświadczenie bezcenne. Swoich nadziei nie tracą także gracze rezerwowi. Cztery lata temu tak do zespołu trafił Łukasz Piszczek.  Kluczem do powodzenia takich reprezentacji jak nasza, jest optymalna postawa i brak kontuzji liderów. Bawiąc się w typowanie, jeśli nie będzie żadnych kontuzji, na podstawie dotychczasowych spotkań nasza wyjściowa jedenastka na mecz z Grecją będzie wyglądać następująco: Szczęsny - Boenisch, Wawrzyniak, Perquis, Wasilewski, Piszczek - Błaszczykowski, Dudka, Murawski, Obraniak - Lewandowski. (w wariancie bardziej ofensywnym zamiast Wawrzyniaka Wojtkowiak i za Dudkę Rybus)
Kadra na Euro 2012 (z listy ubędzie 3 zawodników):
Bramkarze: Wojciech Szczęsny, Łukasz Fabiański (obaj Arsenal Londyn), Przemysław Tytoń (PSV Eindhoven)
Obrońcy: Sebastian Boenisch (Werder Brema), Kamil Glik (Torino), Marcin Kamiński (Lech Poznań), Tomasz Jodłowiec (Polonia Warszawa), Damien Perquis (Sochaux), Łukasz Piszczek (Borussia Dortmund), Marcin Wasilewski (Anderlecht Bruksela), Jakub Wawrzyniak (Legia Warszawa), Grzegorz Wojtkowiak (Lech Poznań).
Pomocnicy: Jakub Błaszczykowski (Borussia Dortmund), Dariusz Dudka (AJ Auxerre), Kamil Grosicki (Sivasspor), Adam Matuszczyk (Fortuna Duesseldorf), Adrian Mierzejewski (Trabzonspor), Rafał Murawski (Lech Poznań), Ludovic Obraniak (Bordeaux), Eugen Polanski (Mainz), Maciej Rybus (Terek Grozny), Rafał Wolski (Legia Warszawa).
Napastnicy: Paweł Brożek (Celtic Glasgow), Michał Kucharczyk (Legia Warszawa), Robert Lewandowski (Borussia Dortmund), Artur Sobiech (Hannover 96).
Kadra rezerwowa: Grzegorz Sandomierski, Arkadiusz Głowacki, Marcin Komorowski, Ariel Borysiuk, Arkadiusz Piech, Michał Żyro, Ireneusz Jeleń.
Dariusz Przybylski

Gollob i Hampel na podium

gp_lesznoGdyby nie zaciekła, chwilami nazbyt zaciekła, rywalizacja pomiędzy Tomaszem Gollobem a Jarosławem Hampelem, Australijczyk Nick Holder nie miałby nawet prawa pomarzyć, że zwycięży w sobotnim, żużlowym Grand Prix na torze w Lesznie. Przed zawodami nasi zawodnicy zapowiadali mocną walkę o zwycięstwo i słowa dotrzymali. Choć trzeba powiedzieć, że Gollob „wszedł” w imprezę w ostatniej chwili. Po dwóch biegach miał zaledwie jeden punkt. Poprawki w maszynie dały jednak spodziewany efekt. Hampel po trzech biegach z sześcioma oczkami, a najlepszy z siedmioma, jeżdżący bez respektu 20 - letni Przemysław Pawlicki. Dla niego to jednak był koniec zdobyczy, a nasi faworyci dopiero się rozkręcali. Cztery biegi dobrze pojechał mistrz świata Greg Hancock. W ostatnim punktowanym przyjechał ostatni, a w półfinale został zdyskwalifikowany. Okazję na zdystansowanie Amerykanina skrzętnie wykorzystali Polacy, którzy rywalizowali ze sobą w jednym półfinale. Hampel był lepszy od Golloba. Dodać trzeba, że awans do półfinału Hampel wywalczył w piątym biegu przebijając się z czwartej pozycji w ostatnim biegu kwalifikacyjnym. W drugim półfinale zwyciężył dobrze dysponowany tego dnia N. Holder przed Jonssonem. Holder przez trzy okrążenia naciskał Szweda i dopiął swego na finiszu. Jak zapowiedzieli leszczyńscy działacze sobotnie zawody miały być pożegnaniem z Grand Prix na tym stadionie. Nigdy nie wygrał go nasz zawodnik, teraz szanse były olbrzymie. W finale najlepiej wystartował Hampel. Po wyjściu z łuku zaatakował go Gollob stykając obie maszyny. Hampel stracił rytm jazdy. W myśl polskiego przysłowia „gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta” walczących Polaków wyprzedził niespodziewanie Holder. Miast radości z trybun dały się słyszeć ogłuszające gwizdy przeznaczone dla Golloba. Otrzymał je także wchodząc na podium. - Taki jest żużel. Jarek ostro potraktował mnie w Auckland i nie miałem o to pretensji - mówił do dziennikarzy kapitan gorzowskiej Stali. Hampel wybaczył zachowanie reprezentacyjnemu koledze. Rekompensatą za brak zwycięstwa jest objęcie przez zawodnika Unii Leszno przodownictwa w cyklu Grand Prix.

Grand Prix Europy Leszno 2012:

1. Chris Holder – 19 + 1 miejsce w finale, 2. Tomasz Gollob - 16 + 2, 3. Jarosław Hampel - 15 + 3, 4. Andreas Jonsson - 13  + 4, 5. Jason Crump – 12, 6. Nicki Pedersen – 10, 7. Greg Hancock – 9, 8. Kenneth Bjerre – 8, 9. Fredrik Lindgren – 8, 10. Przemysław Pawlicki – 7, 11. Emil Sajfutdinow – 7, 12. Peter Ljung – 6, 13. Hans Andersen – 5,  
14. Antonio Lindbaeck – 4, 15. Chris Harris – 3, 16. Bjarne Pedersen – 2. Widzów: ok. 13 tys. NCD: 60,84 sekundy uzyskał w wyścigu XII Andreas Jonsson,  sędziował: Jim Lawrence (Wielka Brytania).

Sensacyjny finał Ligi Mistrzów

liga_mistrzow_logoWe wtorek wieczór swoje święto mieli kibice Realu. Nie ma co ukrywać, że radowało ich niespodziewane odpadnięcie w półfinale Barcelony. Katalończycy, którzy stworzyli w dwumeczu z Chelsea niezliczoną ilość sytuacji, a w rewanżu mieli słupek, rzut karny samego Messiego w poprzeczkę, nie uznaną bramkę, przewagę liczebną ostatecznie zremisowali 2:2 i odpadli. Ewidentną winą Katalończyków było zbytnie rozemocjonowanie w grze. Odrobili straty i mieli drugą bramką dającą im awans. Tymczasem dwukrotnie dali się skarcić rywalowi, który grał bez Terry' go za czerwoną kartkę i to w ostatnich minutach dwóch części meczu. Niedopuszczalne, że tej klasy zespół prowadząc 2:0 pozowolił się skontrować. To, niezależnie od emocji, był największy błąd Barcy i za to zapłaciła wysoką cenę. Chelsea ani narzuciła swojego stylu, ani nie grała znakomicie. Grała ambitnie i miała w bramce Petra Cecha. Popisała się też dwoma skutecznymi kontrami. Dobę później takie same emocje jak kibicami z Barcelony targały kibicami Realu. Królewscy po rzutach karnych przegrali rywalizację z Bayernem Monachium. Kiedy w 14 minucie Ronaldo drugi raz, po nieznacznym spalonym, a wcześniej po karnym, wpakował piłkę do bramki Neunera mogło wydawać się, że będzie pogrom. Nic bardziej złudnego. Od pierwszych minut monachijczycy pokazali wysoką klasę. Prowadzili otwartą grę i tworzyli przez cały mecz groźniejsze sytuacje podbramkowe. Kiedy Robben pokonał z rzutu karnego Cassilasa stało się jasne, że schody dla Realu dopiero się zaczynają. W ostatniej minucie pierwszej części Pepe ewidentnie odbił piłkę ręką po rzucie wolnym Robbena, ale sędzia nie podyktował drugiej jedenastki. Po przerwie groźniejszy był Bayern, ale Gomezowi brakowało precyzji. Ostatni kwadrans to zabezpieczanie tyłów. Zmęczony chyba Grand Derbi Real w dogrywce nie skonstruował żadnej niebezpiecznej dla gości akcji. Rzuty karne to jedne wielkie emocje. Dwa razy broni Neuner i jest 2:0 dla Bayernu. Potem dwukrotnie popisuje się Casillas i jest remis. Ramos strzela 3 metry nad bramką, a Schweinsteiger precyzyjnie i El Clasico w finale LM jest znów melodią przyszłości. To Bayern 22 maja, na własnym stadionie podejmie w finale Chelsea i chyba jest nieznacznym faworytem tego spotkania. Wielkie Barca i Real skończyły rozgrywki "tylko" na półfinale. Nie pierwszy raz w sporcie wielkie pieniądze i nadmierna pycha przegrały z ambicją i szczęściem rywali.

Dariusz Przybylski

Resovia zdetronizowała Skrę!

resoviaW niedzielne popołudnie Rzeszów oszalał ze szczęścia. Po 37 latach siatkarze Resovii, jednego z najbardziej zasłużonych klubów w polskiej siatkówce znów na tronie. Pokonując hegemona ostatnich lat bełchatowską Skrę 3:0, zdobyli szósty tytuł mistrzów Polski w swojej historii. Odebranie tytułu polskiemu klubowemu dreamteamowi było niezwykle trudne. Przez siedem tłustych lat Skra broniła się skutecznie. Fakt, że w finale mistrzem zostaje zespół, który pokona rywala trzykrotnie tylko utrudniał odebranie tytułu ekipie trenera Nawrockiego. Owszem Skrze zdarzały się w poprzedniach finałach pojedyncze porażki, ale trzykrotny sukces nad Bełchatowem był ciągle poza zasięgiem. Do czasu. Od dobrych dwóch sezonów przewaga mistrzów nie była już tak miażdżąca. Głównie za sprawą coraz większych wzmocnień krajowych rywali. Składy Zaksy Kędzierzyn, GKS Jastrzębia czy właśnie Asseco Resovii były regularnie wzmacniane. W nich grają wszyscy najlepsi w kraju, ale i najlepsi z wielu najmocniejszych reprezentacji. Bezsprzecznie potwierdziły to tegoroczne rozgrywki pucharowe. Skra w finale Ligi Mistrzów, Resovia w finale CEV, a AZS Częstochowa i Politechnika Warszawa w finale Challenge Cup. Pierwszy raz od lat mistrzostwo Skry było poważnie zagrożone i stało się. Najpierw szok w Bełchatowie, gdzie Asseco wygrało dwa kolejne spotkania. W sobotę szansa na szybkie zakończenie rywalizacji. Mistrz pokazał lwi pazur i wygrał 3:1. Dyskusjom na temat niedzielnego meczu nie było końca. Porażka Resovii oznaczała powrót na decydujące starcie do Bełchatowa. W dodatku jak grom z jasnego nieba na fanów Resovii spadła informacja, że najlepszy zawodnik sezonu Gyorgy Grozer odchodzi do Lokomotivu Biełogrod. Czy starczy mu motywacji? - zastanawiali się kibice. Tymczasem był to popis jednego aktora. Grozer  wspierany przez kapitalnie grający zespół prowadzony przez trenera Andrzeja Kowala, pierwszy raz pokonał Skrę w stosunku 3:0 i halę na Podpromiu oraz tysiące kibiców w Rynku oglądających mecz na telebimie ogarnęło szaleństwo. W całej rywalizacji 3:1 dla Resovii i tytuł opuszcza Bełchatów. Gratulacje dla zwycięzców szacunek dla pokonanych. Dodatkowym zwycięzcą tego spektaklu jest z pewnością siatkówka. Dyscyplina, którą pokochały miliony Polaków.

Asseco Resovia Rzeszów - PGE Skra Bełchatów 3:0 , stan rywalizacji 3:1, Resovia mistrzem Polski sezonu 2011/12

(pj) fot.wikipedia

Strona 1 z 23

Reklama
first
  
last
 
 
start
stop