Drobny prezent, w stosunku do poprzednich osiągnięć, sprawił sobie Leszek Miller w dniu jubileuszu 10 - lecia powstania rządu SLD pod jego kierownictwem. Wtedy jego partia liczyła w Sejmie 216 posłów co jest to największym wynikiem 20 – lecia w naszym odnowionym parlamentaryzmie. Teraz wraz z nim SLD ma w Sejmie zaledwie 27 dusz - to, z kolei najmniejszy wynik tego ugrupowania w tym samym okresie. Chyba ów znak czasu zdecydował, że głosami 14:11 przy jednym wstrzymującym były premier będzie kierował klubem parlamentarnym SLD. Przegranym może czuć się Ryszard Kalisz, nowy wiceprzewodniczący klubu, który jeszcze dzień wcześniej był niemal pewien elekcji. Namawiany, jak widać przez większość, Miller podjął decyzję o kandydowaniu niemal w ostatniej chwili. Powrócił z politycznego niebytu. W jednej kadencji nie dostał rekomendacji partii, w kolejnej namówiony przez Andrzej Leppera na złość byłym kolegom startował z ramienia Samoobrony, zresztą bez sukcesu. Jego powrót, mimo zdziesiątkowanych szeregów SLD na Wiejskiej jest przedmiotem wielu spekulacji i domysłów. Wszyscy wiedzą, że Miller jest twardym, chwilami bezkompromisowym graczem, który bez problemów przeciwstawiał się nawet Aleksandrowi Kwaśniewskiemu u szczytu jego powodzenia. Stąd niewykluczone, że wynik głosowania, jest tęsknotą za powrotem trudnego, ale jednak lidera lewicy, przynajmniej dla znacznej części członków i sympatyków tej partii, a także sygnałem powstrzymania rozpadu po niewyraźnym Grzegorzu Napieralskim i zakusów na głosy posłów ze strony PO z jednej, czy Ruchu Palikota z drugiej strony. Część lewej strony uznaje krasomówcze umiejętności Ryszarda Kalisza, ale dostrzega u niego wyraźny brak cech przywódczych, obawiając się pod jego rządami kolejnych frakcji. Miller zastrzegł się, że nie będzie kandydował na szefa SLD, ale kto wie? Jak partia sama poprosi… ( foto:www.sld.org.pl ) Dariusz Przybylski
Komentarze


